Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Moderatorzy: t90, dreg35, magnum

Awatar użytkownika
Snellius
Kapitan
Kapitan
Posty: 161
Rejestracja: 29 mar 2010, 10:08
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Cancer

Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: Snellius » 09 paź 2012, 16:16

Wstajemy skoro świt. Ostatnie przygotowania do podróży, pakowanie busow i jedziemy… na wschód!
Początkowo zakładaliśmy, że dojedziemy na finał Mistrzostw Europy do Kijowa, ale plan się zmienił dzięki Kozie, który poratował nas chłodnicą– zostaliśmy w Krasnobrodzie i tam oglądaliśmy mecz kibicując Hiszpanii. Do Kijowa dotarliśmy już po meczu, ale nadal na ulicach widzieliśmy znane nam z gdańskich ulic banery i plakaty – różnice były dwie : zamiast Gdańsk, widniało słowo Kijów i zamiast w alfabecie łacińskim, hasła wypisane były cyrylicą.
W miejscowości Rivne mieliśmy pierwszą awarię busa, ale dzięki pomocy Ukraińców udało się ją naprawić i mogliśmy spokojnie zmierzać na Krym, który był naszym celem na Ukrainie. W tej części Ukrainy powitały nas przepiękne krajobrazy i skaliste czarnomorskie plaże. Zwiedziliśmy Jałtę, gdzie nad naszymi głowami widniał pomnik Lenina. Spotkaliśmy też wielobarwny pochód Hare Kriszna. Później przez Bakczysaraj i Symferopol udaliśmy się w kierunku mierzei Arabackiej nad Morzem Azowskim. Tam poczuliśmy się jak na safari! Niesamowity widok. Arabatka to mierzeja niezamieszkana przez ludzi, z jednej strony znajduje się siwasz, czyli system płytkowodnych zatok, z drugiej zaś Morze Azowskie. Bardzo cieple i czyste, z plażą, na której zamiast piasku znajdują się same muszle. Te musze towarzyszyły nam w busie jeszcze przez wiele dni. Zresztą mieliśmy je wszędzie – we włosach, w uszach, w śpiworach. Mimo to czuliśmy się tam wspaniale!
Po kilku dniach wyruszyliśmy w kierunku Kerczu, aby przekroczyć granice między Ukrainą, a Federacją Rosyjską. Kercz uznaliśmy za jedno z ładniejszych miast, jakie spotkaliśmy w tym państwie. W końcu wjechaliśmy busami na prom i po 40 minutach znaleźliśmy się w Rosji. Przejście graniczne było bardzo przyjazne, a celnicy cały czas z nami żartowali, co nas zdziwiło, bo mieliśmy w pamięci kilkugodzinny postój na granicy polsko-ukraińskiej. Bez większego przeszukiwania busów pojechaliśmy dalej poszukując dobrego miejsca na nocleg. Mając na uwadze to, że kończy nam się paliwo, postanowiliśmy zatrzymać się na polnej drodze jak się okazało bardzo ruchliwej. Po chwili stworzył się korek. Za nami zatrzymał się jakiś dziwny kabriolet ze znaczkiem Kamaza, któremu zagotowała się woda w chłodnicy, ale właściciel wydawał się być przyzwyczajony do tej sytuacji. Rzekł jedynie- to rosyjska maszyna, może jechać dalej! Pasażerami okazali się dosyć mocno nagrzmoceni panowie z Show Girls Moskwa. Jako ze zainteresowali się naszymi dziewczynami postanowiliśmy natychmiast ruszyć dalej. Na szczęście drogę wskazali nam okoliczni mieszkańcy, którzy wracali z zakrapianej imprezy samochodem właśnie ta polna droga, żeby uniknąć patroli milicji. W drodze na nocleg mijaliśmy też olbrzymia cerkiew wybudowana pośrodku pola.. To była bardzo dziwna noc, dzięki której w pełni poczuliśmy na własnej skórze powiedzenie, że Rosja to nie kraj, Rosja to stan umysłu..
Następnego dnia kierowaliśmy się na Osetię Północną i Władykaukaz, aby przekroczyć przejście graniczne między Rosją ,a Gruzją. Po drodze spotkaliśmy wojskowe transportery i żołnierzy w kominiarkach z karabinami, na posterunkach utworzonych na rondach. Przemierzając setki kilometrów po rosyjskich drogach mijaliśmy tysiące Kamazów, Krazów, Ziłów i o dziwo amerykańskich „long nose’ów”! Przeładowanych do granic możliwości, za którymi ciągnęły się gęste kłęby spalin. Również osobowe Łady i Wołgi wożące w bagażnikach dachowych i tylnej kanapie niezliczone ilości arbuzów i melonów. Do dziś kiedy przypominam sobie te widoki nie mogę uwierzyć, że te samochody wciąż jeżdżą i to w takich warunkach!
Wreszcie dotarliśmy do Gruzji. Już po pierwszych minutach na terytorium tego kraju wiedzieliśmy, że legenda, która często powtarzają Gruzini jest prawdziwa. Głosi ona bowiem, że Bóg rozdzielając krainy ludom zapomniał o Gruzinach i kiedy sobie przypomniał o nich niemiał już żadnych ziem do rozdania. Postanowił wiec oddać teren zarezerwowany dla siebie- dlatego w Gruzji jest jak w raju.
Jechaliśmy droga wojenna podziwiając potoki, wspaniałe góry i lodowce Kaukazu. Tego krajobrazu nie da się ani opisać, ani przedstawić na fotografiach- tam po prostu trzeba jechać! Na pierwszy nocleg zatrzymaliśmy się w Kazbegi, kiedy wędrowaliśmy w góry częstowano nas wódką i owocami, kiedy kładliśmy się spać przynoszono nam owoce i warzywa, kiedy naprawialiśmy busa zapraszano nas na szaszłyki, wino i cza-cze. Gruzini są niesamowitym narodem. Policja dawała nam swoje wizytówki, abyśmy dzwonili jak będziemy mieli problem. Na każdym kroku każdy chciał nas ugościć lub pomoc. Krajobrazy, wspaniała kultura, kuchnia i architektura zachwycała nas każdego dnia. Spotkaliśmy wielu Polaków z każdej części kraju. I z Malborka, i ze Słupska, i z Lublina Poznania, Krakowa, Opola etc. Czuliśmy się jak w domu.
W Tbilisi przeżyliśmy najlepsza noc naszych wakacji! W tym mieście funkcjonuje polsko gruziński Hostel Opera, którego właściciel spotykając nas koczujących w zaułku, obok stacji benzynowej, zaprosił wieczorem na wino. Gospodarz zaproponował wyjście do pubu, gdzie odbywał się koncert- bawiliśmy się niesamowicie. Zaśpiewano nawet specjalnie dla nas „Nie płacz Ewka”- Perfectu (ostatnio dotarła do mnie informacja, że Grzegorz Markowski usłyszał o tym zdarzeniu i koniecznie chce nawiązać kontakt z tym gruzińskim zespołem, notabene którego wokalista i gitarzysta był kilka lat w Polsce stąd zna trochę nasz język) później spotkaliśmy turystów z Gdańska, którzy przylecieli do Tbilisi z rowerami i podróżując na nich zwiedzali Gruzję i Armenię. Wspólnie bawiliśmy się na ulicy spotykając Gruzinów. Oni częstowali nas piwem i winem, a kiedy dowiedzieli się ze jesteśmy z Polski co jakiś czas wykrzykiwali: Pologne! Podolski! Pologne! Podolski! Następnie udaliśmy się do taksówki i pojechaliśmy w 16 osób(!)do restauracji pod zamkiem na przepyszne chinkali (rodzaj pierogów z mięsem i bulionem w środku- jeden z narodowych przysmaków Gruzji) o 2.30 nasz przewodnik zaproponował, abyśmy poszli do bani… tam poczuliśmy się jak w starożytnym Rzymie. Siarkowe kąpiele, masaże, a na sam koniec czaj i koniak. Pracownik łaźni, kiedy dowiedział się że jesteśmy Polakami koniecznie musiał się napić z nami koniaku. Kiedy przyniósł drugą butelkę a my wyczerpani całonocną impreza i wysysającą siły gorącą kąpielą postanowiliśmy odmówić z uśmiechem na twarzy powiedział nam:- „wy jesteście fałszywe Polaki! Polaki nie odmawiają!”
Nie mając wyjścia broniliśmy honoru do końca. Do busów wróciliśmy ok 7 rano… na szczęście pod hostelem dostaliśmy kefir prosto z bagażnika białej Łady  czas jednak biegł nieubłaganie a nasz cel podróży cały czas był przed nami. Odebraliśmy kilka dni wcześniej załatwiane wizy i ruszyliśmy w kierunku granicy z Azerbejdżanem.
Azerbejdżan to kolejne państwo na trasie naszej wakacyjnej podróży. Państwo zupełnie inne niż wszystkie, które dotychczas odwiedziliśmy. Unoszący się zapach ropy naftowej w powietrzu, górujące nad miastami bilbordy z podobiznami nieżyjącego już prezydenta Hejdara Aliewa, ulice, na których brakowało kobiet, a także pustynny krajobraz to główne cechy, które powodowały kontrast pomiędzy innymi zwiedzanymi przez nas państwami.
Już od drugiego dnia pobytu mieliśmy kłopoty. Po długich poszukiwaniach drogi do wsi Galadżyk udało nam się wjechać na te właściwą. Warto wspomnieć, ze w tej wsi mieliśmy poczuć się jak w raju. Wysokie porośnięte roślinnością góry, potoki , wodospady, a także liczne zwierzęta miały sprawić, że nigdy nie będziemy chcieli opuścić tego miejsca. W drodze do raju zatrzymała nas dwójka żołnierzy z kałasznikowami, aby zapytać gdzie jedziemy. Kiedy odpowiedzieliśmy, że chcemy obejrzeć wodospady powiedzieli, że możemy przejechać tylko za zgoda dowódcy.
– poczekajcie 5 minut i tę zgodę z pewnością dostaniecie- dodali po chwili. Trochę zdezorientowani postanowiliśmy poczekać na odpowiedź. Aby rozluźnić atmosferę w tym samym czasie, jeden z młodych żołnierzy podarował naszej koleżance Snickersa
Po chwili zamiast odpowiedzi dowódcy przy naszych busach ujrzeliśmy białą Ładę, z której wyszło dwóch mężczyzn wyraźnie pod wpływem alkoholu. Jak się później okazało byli to dwaj policjanci w cywilu. Zapytali się kto mówi najlepiej po rosyjsku z całej naszej dziesiątki. Zgodnie odpowiedzieliśmy, że Agnieszka z czego najwyraźniej policjant nie był zadowolony. Po krótkiej konwersacji zażądał paszportu którego później nie chciał oddać. W międzyczasie krzycząc na nas i posługując się policyjna odznaką uzyskał jeszcze cztery paszporty, których dane spisał w notesie. Młodzi żołnierze widząc, że atmosfera robi się coraz bardziej napięta, wezwali wyższych ranga żołnierzy na miejsce zdarzenia. Wojskowi od samego początku byli po naszej stronie. Odzyskali nasze paszporty, a później w imieniu Republiki Azerbejdżanu postanowili nas przeprosić za ten niemiły, przeszło dwugodzinny incydent, dzięki któremu zyskaliśmy kilka siwych włosów na głowie. Oczywiście zachęcali nas do wypoczynku wśród licznych wodospadów, ale my chcieliśmy już jak najszybciej opuścić to miejsce i udać się w kierunku Baku. Jak zgodnie później stwierdziliśmy była to najbardziej przerażająca sytuacja w jakiej kiedykolwiek uczestniczyliśmy. Czytając tą opisaną po krótce historię na pewno nie poczujecie tego, co przeżyliśmy przez te dwie najdłuższe godziny w naszym życiu, nie mogąc porozumieć się z nieobliczalnymi, pijanymi oficerami z bronią. Jedno jest pewne, że na widok białej Łady, serce zaczyna bić mocniej
W drodze do stolicy Azerbejdżanu odwiedziliśmy Gobustan, gdzie zostaliśmy oprowadzeni przez miłego policjanta po wulkanach błotnych. Szacuje się, że 300 z około 700 wulkanów błotnych naszej planety znajduje się właśnie w miejscu, które odwiedziliśmy. Krajobraz przypomina powierzchnie księżyca, zresztą byliśmy tam jedynymi ludźmi co jeszcze bardziej potęgowało niesamowite wrażenie tego miejsca.
Później dzięki jego życzliwości udało nam się zwiedzić muzeum archeologiczno-historyczne gdzie mieliśmy okazje ujrzeć prastare rysunki naskalne, datowane na 5 do 40 tysięcy lat p.n.e.
Wieczorem pierwszy raz zamoczyliśmy nogi w Morzu Kaspijskim- czystym i niesamowicie ciepłym. Spoglądając na płonące kilkudziesięciometrowym ogniem pochodnie z pobliskiej rafinerii i rozpalając ognisko na plaży planowaliśmy kolejny dzień naszej podróży.
Następnego dnia oprócz wielkiego prania i suszenia zwiedzaliśmy nasz cel podróży – Baku, miasto bardzo czyste, przyjazne i równie drogie!
Początkowo byliśmy zachwyceni architekturą (w znacznej części zbudowanej przez Polaków) i atmosferą panującą w tym mieście, ale po kilku godzinach stwierdziliśmy, że czujemy się w nim jak na planie filmowym bollywoodzkiej produkcji. Otaczające nas żyrandole(!) na ulicach, pięknie wyczyszczone kamienice z piaskowca, lśniące granitowe chodniki niczym w galerii i kontrast, który panował pomiędzy reprezentacyjnymi ulicami, a mniejszymi, gdzie znajdowaliśmy masę śmieci i widzieliśmy biednych mieszkańców stolicy, sprawiał wrażenie „miasta na pokaz”. Mimo to uważamy, że warto odwiedzić Baku, poczuć je na własny sposób.
Poznaliśmy w tym mieście wielu serdecznych ludzi, mieszkającą tam od pokoleń Polonię, przez Rosjan i Gruzinów, po Azerów. Napotkana przez nas grupa, jak się później okazało utytułowanych alpinistów, którzy z rana szli do pracy, okazała się naszymi najlepszymi towarzyszami w Baku. Zaprowadzili nas nad czyste wody Morza Kaspijskiego (w samym Baku nie można się kąpać z powodu unoszącej się na powierzchni wody ropy), łowili krewetki, ryby, ale przede wszystkim zorganizowali nam wspaniałą biesiadę do samego rana! Każdy z nas dostał na pamiątkę własnoręcznie wyrabiane przez jednego z nich gliniane figurki. Oczywiście odwdzięczyliśmy się miniaturkami naszych busów oraz gadżetami od sponsorów. Tej nocy długo nie zapomnimy.
Kolejny dzień to czas na kierowanie się w kierunku utęsknionej Gruzji. Mimo, że w Azerbejdżanie spotkaliśmy bardzo przyjaznych ludzi to chcieliśmy już wracać. Męczący dla nas klimat (46st C. w cieniu, w ciągu dnia, 32st C. w nocy, brak wiatru oraz bardzo wysoka wilgotność powietrza przez całą dobrę), monotonne pustynne krajobrazy, incydenty z policja i wysokie ceny w sklepach powodowały że z każdą chwila coraz bardziej pragnęliśmy znaleźć się w Gruzji. Wracając nadal żądano od nas abyśmy płacili łapówki i to niemałe (100 dolarów to najmniejsza oferta jaka została nam złożona). Na szczęście nasza taktyka, że chcemy dokumenty po angielsku, a jak ich nie dostaniemy to proponujemy udać się do ambasady skutkowała i takim sposobem, ani na Ukrainie, ani w Rosji, ani w Azerbejdżanie nie zapłaciliśmy żadnej łapówki. Wreszcie po dwóch dniach dojechaliśmy do granicy na której spędziliśmy w kolejce cztery godziny. Jednak radość postawienia nogi na gruzińskiej ziemi była tak wielka że szybko zapomnieliśmy o długim postoju. W nocy pomimo awarii u Kloda (pękł przewód przy wyprzęgniku, więc jazda bez sprzęgła) dojechaliśmy do ujęcia wód mineralnych i tam postanowiliśmy przeczekać do rana. Następny dzień był pełen wrażeń i przygód… jak to w Gruzji!
Dwudziestego siódmego dnia lipca obudziliśmy się nad mineralnymi wodami, gdzie prosto ze skał mogliśmy czerpać gazowana wodę. Woda ta miała właściwości lecznicze i była bardzo popularna wśród okolicznych mieszkańców, którzy przez cały dzień i noc przyjeżdżali z plastikowymi butelkami, aby je napełniać. Po kilku godzinach dowiedzieliśmy się, że źródło to w minionych latach było bardziej nasycone pierwiastkami, ale teraz odgazowuje je coca-cola i w tbiliskim zakładzie nasyca nią swoje napoje.
Po kilkunastu minutach od przebudzenia część ekipy zaczęła naprawę busa. Reszta udała się nad pobliska rzekę, gdzie spotkaliśmy biesiadujących Gruzinów. Jeden z nich zaprosił nas do siebie. Szaszłyki, wino, ser, pieczywo i warzywa sprawiły, że nasz pobyt nad rzeka był prawdziwą ucztą. Dodatkowo poczęstowano nas cza-czą, czyli alkoholem destylowanym z wina gronowego, który zawiera około 60% alkoholu. Dla wielu z nas stał się czynnikiem, który spowodował o przedwczesnym zakończeniu pikniku. Problem polegał na tym że do pokonania była rzeka i ulica… na szczęście bez większych obrażeń udało się znaleźć w busie. W miedzy czasie nieobecna reszta lekko zdziwiona szybkością i skutecznością działania cza-czy naprawiła busa (części dostali w szpitalu, w serwisie karetek, przewód pasował od Wołgi ), noc spędziliśmy kilkadziesiąt kilometrów dalej nad jeziorem, a następnego dnia kierowaliśmy się do miejscowości Wardzia. To skalne miasto z blisko 250 komnatami i licznymi tunelami przez wieki było jednym z głównych ośrodków kulturalno-religijnych monarchii gruzińskiej. Miasto jest największą atrakcją turystyczna w regionie. Za 2zł można je zwiedzać godzinami, wspinając się po skałach i odkrywając kolejne komnaty. W mieście tym znajduje się mała cerkiew z pięknymi malowidłami i ikonami. Wardzia to kolejne miejsce, które nas urzekło w Gruzji, ale musieliśmy jechać dalej… do Batumi. Zgodnie z radą okolicznych mieszkańców i francuzów, którzy nocowali obok naszych busów, wybraliśmy drogę, której nie było na naszej mapie. Malownicza położona wysoko w górach, kręta, z licznymi wodospadami, była sporym wyzwaniem dla busów. Trasa Transfogarska w Rumunii to mały pryszcz, tu w całości do ponad 2000m.n.p.m szuter rozjeżdżony przez ogromne Krazy 6x6, z łańcuchami na kołach, wywożące drewno i głazy. Pikanterii dodawał fakt, że cały czas padał deszcz. Już na samym początku stu kilometrowego odcinka jaki mieliśmy do pokonania, rozerwało oponę na ostrym kamieniu. Co gorsza, w ten sposób pozbyliśmy się ostatniego zapasu jaki mieliśmy (kilkadziesiąt kilometrów wcześniej klodobus stracił w podobny sposób przednia oponę). Trzymając kciuki dojechaliśmy do półmetka. Zbliżającą się noc spędziliśmy na 2025m.n.p.m., gdzie funkcjonowała gospoda. Niezwykła, bardzo przyjazna atmosfera w tym pomieszczeniu powodowała, że wszyscy turyści z różnych części świata przesiadywali w niej po kilka godzin jedząc przepyszne posiłki i popijając je czajem lub koniakiem. Nad ranem po sycącym śniadaniu przygotowanym przez piękną Gruzinkę i jej mamę ruszyliśmy dalej w kierunku Batumi, podwożąc jednocześnie cztery wioski dalej, starszą znajomą naszych gospodyń, za co były nam niesamowicie wdzięczne. Odjeżdżając, czuliśmy się jakbyśmy spędzili tam pół życia, matka pobłogosławiła nas na dalsza drogę i dala cała siatkę wielkich poziomek.
Czarnomorski kurort przywitał nas licznymi atrakcjami i wspaniałym jedzeniem, nie tylko gruzińskim. Następnego dnia trwały intensywne poszukiwania poczty. Instytucja ta mieściła się w starej kamienicy, a w swojej ofercie dla turystów posiadała jedynie pocztówki z czasów ZSRR. Nasze przypuszczenia co do tego faktu potwierdziły się po odwróceniu jej na druga stronę. CCCP, rok produkcji 1983. Tu nic się nie zmarnuje!
Po południu pojechaliśmy w stronę granicy turecko-gruzińskiej, na której musieliśmy wykupić wizy wjazdowe za 20$ od osoby. To właśnie w tej miejscowości ze względu na inne zobowiązania i przedłużający się wyjazd Jerry musiał odłączyć się od grupy, aby samotnie zacząć przyspieszoną podróż powrotną do Sopotu.
Turcy szybko dają nam poznać swoje charakterystyczne cechy narodowościowe – są kontaktowi, ekspresywni i sprytni, a ich pojęcie granic strefy osobistej znacznie odbiega od naszej normy. Turek nie krępuje się w trakcie rozmowy wsadzić nos do twojego kubka, żeby sprawdzić co egzotycznego pijesz, nie sprawia mu też problemu by w upalny dzień złapać cię, przypadkowego przechodnia – turystę, za rozgrzaną głowę i wciągnąć do pomieszczenia z klimatyzacją. Czytelne gesty są nam bardzo potrzebne, gdyż ich mowa brzmi bardzo obco a często nie znajdujemy żadnego wspólnego języka. Jedno trzeba im przyznać – kraj mają piękny.
Rano odwozimy Jerrego na dworzec autobusowy i żegnamy się, choć okazuje się, że jeszcze nie na dobre. Traf chciał, że busiki i autokar rejsowy do Istambułu zatrzymują się na tym samym postoju.
Resztę dnia spędzamy jadąc drogą, początkowo dwupasmową, wygodną acz nudną ciągnącą się wzdłuż wybrzeża, później zbijając w głąb lądu – jednopasmową, bardzo krętą pnącą się w górę. Nie widzimy nic, właśnie wjechaliśmy w chmurę, jednak wiemy, że jedziemy, jesteśmy coraz wyżej – mówi nam to ciśnienie w uszach i wyjący silnik bezlitośnie spalający ogromne dawki paliwa – co prawda jeszcze tańszego, gruzińskiego, ale pustkę w baku niedługo trzeba będzie zapełnić tureckim, dwa razy droższym. Gdy mgła wokół nas się rozwiewa ukazuje nam się przecudna panorama. Zatrzymujemy się, żeby ją podziwiać i stwierdzamy, że jest zbyt pięknie żeby jechać dalej. Jesteśmy na wzniesieniu. Przed nami nad doliną zachodzi słońce oświetlając ostatnimi promieniami miasto położone poniżej. Gdy znika za horyzontem w oddali słychać wystrzał. Zaraz potem słyszymy donośne nawoływanie z meczetu na modlitwę. Normalnie modły trwałyby 15 min lecz od dziś przez wiele kolejnych dni muzułmanie będą się modlić przez godzinę po zachodzie słońca, po czym zasiądą do stołów, żeby najeść się na cały kolejny dzień głodówki póki jest ciemno i Allah nie widzi. Dziś bowiem pierwszy dzień Ramadanu czyli muzułmańskiego postu. Siedzimy przy ognisku, wieczór urozmaica dwóch Turków, z których jeden po prostu rozbraja uśmiechem, próbami komunikacji po angielsku i jakby tego było mało na imię ma Burak. W tym pięknym miejscu brakuje nam tylko gwiazd, które nie mają szansy się przebić ze swoim wątłym światłem przy jasnym ognisku, łunie miasta, a przede wszystkim przy blasku księżyca, który jest dziś prawie w pełni.
Przed odjazdem busiki pozują do zdjęć. Tu akcja – żeby złapać odpowiedni kadr tym razem Łukasz atakuje niebezpieczną skarpę pełną obsuwających się kamieni w zupełnie niesportowym obuwiu. Na szczęście Croksy nie zsuwają się z nóg. Po linie wjeżdża sprzęt fotograficzny, a po sesji zdjęciowej Łukasz bezpiecznie zsuwa się po linie w dół. Dzień znów spędzamy głównie w drodze – znacznie zbliżamy się do naszego celu – Kapadocji. W większym mieście robimy postój – trzeba coś zjeść. Na ulicach tłumy ludzi. Choć nie jesteśmy tu jedynymi europejsko wyglądającymi osobami czujemy, że się wyróżniamy i jesteśmy bacznie obserwowani. Wiele kobiet nosi chusty na głowach, my staramy się przykryć przynajmniej ramiona i nogi. Częstym widokiem na ulicach są tu mężczyźni idący ze sobą pod rękę lub wręcz obejmujący się. Kultura wschodu różni się od naszej pod wieloma względami i przez to jest nam obca. Najadamy się po uszy dosłownie za grosze. Kto nam mówił, że Turcja jest droga? Gdybyśmy wiedzieli, na pewno nie nakupowaliśmy przed wyjazdem z Gruzji konserw, które okazały się tak paskudne, że tylko w sytuacji podbramkowej jesteśmy w stanie je w siebie wmusić zabijając smak musztardą lub keczupem. Co prawda ceny paliwa w Turcji rzeczywiście zabijają, drogie są też papierosy i alkohol, ale większość podstawowych produktów w marketach, słodycze jak i jedzenie w budkach na mieście są tu śmiesznie tanie np. za przyzwoitego kebaba płacimy 1,5 lira czyli niecałe 3 zł. Jesteśmy zafascynowani obserwując pana ekspresowo zawijającego kebaby. Rozkłada naleśniki jeden przy drugim, hurtem narzuca po kolei wcześniej przygotowane składniki, polewa chochlą sosu i jeden po drugim roluje. W ten sposób produkcja ok 20 kebabów zajmuje 2 min 15 sek. Wow! Nagle orientujemy się, że ulice wokół nas pustoszeją. No tak, zachód słońca. Choć tym razem powinniśmy być na to przygotowani, huk wystrzału sprawia, że podskakujemy. Szczególnie ci z nas, którzy odwiedzili dziś dom handlowy, przed którym stało kilku żołnierzy z karabinami sprawdzających każdą wchodzącą osobę wykrywaczem metali. Zaraz po wystrzale odgłos modlitwy z meczetów. Ulice są puste, bo wszyscy biesiadują i chcą się dzielić z bliźnimi. Z najbliższego sklepiku wychodzi Turek i zaciąga dwójkę z nas do środka na poczęstunek. Ruszamy w dalszą drogę i powoli zapada zmrok. Gdy stoimy na światłach z samochodu obok wychyla się ku nam pan podając kilka buteleczek oranżady i kilka kartoników soku. Tym gestem po prostu nas rozbraja. Ci ludzie są niesamowici. W oddali nocne niebo rozświetlają błyskawice. Nie jedziemy już daleko nad planowane jezioro – co nam z niego podczas burzy. Kawałek za miastem stajemy nieopodal stacji benzynowej i zakładu wulkanizacyjnego. Ale fart. Znajdujemy tu zapasową oponę do Klodobusa - niedrogo, co prawda zjechaną do zera, ale zawsze będzie coś w razie awarii. Co chwilę podjeżdża ciężarówka i hałas sprężarki zagłusza rozmowy. Mamy nadzieję, że w nocy będą zajeżdżać tu rzadziej. Tymczasem powietrze przyjemnie schłodziło się po deszczu – po upalnym dniu zapowiada się chłodna noc.
Następnego dnia docieramy do długo wyczekiwanej Kapadocji. Krajobrazu tego miejsca nawet nie będziemy starali się opisywać. To trzeba zobaczyć, a fotografie, czy nagrania filmowe są tylko nędzną namiastką. Nawarstwienia skał wulkanicznych powstałe miliony lat temu na drodze erupcji ulegały przez wieki stopniowej erozji za sprawą czynników atmosferycznych.
Tak powstały fantastyczne kształty, które dodatkowo zmodyfikowała ludzka działalność. Teren jest tak olbrzymi, że zwiedzanie na piechotę zajęłoby mnóstwo czasu, dlatego dostępne są liczne inne formy poruszania się po Kapadocji. Można na przykład wznieść się w powietrze w balonie i podziwiać wszystko z lotu ptaka, jednak taka przygoda słono kosztuje. Można też pośmigać na skuterach. My wybieramy quady. Ow yeah! Będzie zabawa. Dosiadamy czterokołowych potworków po dwie osoby zmieniając się za kierownicą, a że po wyjeździe Jerrego jesteśmy nie do pary, Gaćka daje radę sama. Na szutrowych drogach, piaszczystych i pełnych zakrętów, poskramiamy powoli nasze rumaki – po dwugodzinnej przejażdżce najśmielsi kierowcy driftują przy prędkości 50 km/h. Wspanialszej scenerii do tej przygody trudno sobie wyobrazić. Ukształtowanie terenu w Kapadocji wydaje się wręcz nierealne, jak w filmie science-fiction. Jednak nasz młody przewodnik chyba czuje o co chodzi. Zauważył, że jeszcze bardziej niż widokami jaramy się samą jazdą i zabiera nas na coraz bardziej hardkorowe trasy, gdzie musimy pokonywać prawie pionowe wjazdy i zjazdy. Jak to przy dobre zabawie czas mija nam zbyt szybko. Przewodnik zaprasza jeszcze na colę do swojego biura. Poleca nam inne atrakcje w Kapadocji. To za jego radą odwiedzamy podziemne miasto w małej miejscowości Mazi – podobno w przeciwieństwie do innych najmniej rozreklamowane, z darmowym zwiedzaniem a do tego najciekawsze. Niełatwo do niego trafić, gdyż nie ma żadnych drogowskazów. Dlaczego tak jest dowiemy się później. Tymczasem latarki w dłoń i idziemy w stronę skalnej groty, jeszcze w stanie surowym, chociaż wokół powstają jakieś zabudowania. Idziemy przez plac budowy, przyglądają nam się robotnicy. Zagaduje nas ogorzały maczo w kowbojskim kapeluszu. Chce nas oprowadzić. Początkowo bronimy się, przecież miało być bezpłatnie, pewnie znów ktoś chce nas naciągnąć, bo wyglądamy na turystów. Facet jest jednak na tyle przekonujący i zabawny, że dajemy się namówić. Nie żałujemy. Gość prowadzi nas przez labirynt podziemnych komnat i korytarzy, w które sami balibyśmy się zagłębić w obawie, że się zgubimy. Wciąż żartuje, robi nam kawały chowając się co i rusz za jakimś zaułkiem i wyskakując znienacka. Opowiada niestworzone historie o dżinach – duchach zamieszkujących jaskinię, a także ukrytych tu diamentach, które mężczyzna może zdobyć tylko, jeśli naprawdę kocha wybrankę swojego serca. Wystawia na taką próbę naszych chłopaków. W podziemnym mieście pomieszczenia rozlokowane są na różnych poziomach, dlatego nie wystarczy tu spacerować, trzeba też się wspinać. Służą do tego pionowe wąskie szyby, po których należy wchodzić w rozkroku stawiając stopy na bocznych ścianach z prowizorycznymi schodami, a raczej drabinkami. Na koniec znika Zuzia, a nasz przewodnik Ihsan mówi, że to nie jego sprawa i że mamy jej szukać sami. Łukasz staje na wysokości zadania i przeciska się przez najwęższe korytarze, gdzie musi się dosłownie czołgać. Oczywiście okazuje się, że Zuzia cała i zdrowa, choć też po niezłych przeprawach czai się za jakimś załomem skalnym za namową Ihsana. Po wszystkim mniej lub bardziej podrapani wydostajemy się na światło dzienne. Zamierzamy zapłacić panu za niesamowite zwiedzanie i udać się nad jezioro na nocleg. Jednak z jego strony pada propozycja grilla w jego ogrodzie. Przyjmujemy zaproszenie, szczególnie, że kusi nas wizją gorącego prysznica. Mieszka nieopodal. Co prawda warunki są spartańskie, ale klimat oczywiście niepowtarzalny. Prysznic okazuje się być dzbanem wody zagrzanej na ognisku, ulokowanym w pomieszczeniu sypialnym z naprędce usuniętymi z podłogi dywanami. Poczęstunek jest równie niezwykły. Ihsan jest kucharzem. Nie pozwala nam sobie pomóc w przygotowaniu posiłku, z resztą i tak jest to dla nas tak egzotyczne, że tylko patrzymy oczarowani jak przekraja wzdłuż udka kurczaka razem z kością, czy wkłada pomidory, bakłażany, cebulę i czosnek wprost do ogniska, gdzie o dziwo nie spalają się na węgiel. Kurczaki z przekrojonym szpikiem rzeczywiście mają lepszy smak, a z kolei ugotowane w żywym ogniu warzywa zostają przerobione na tradycyjną w Turcji potrawę. Zjeżdżają się znajomi, przywożą lokalne piwo Efes, oraz rakiję, czym częstuje szczególnie jeden z nich i to zwłaszcza Gaćkę, wykrzykując co i rusz „Allah, Allah”. Rakija ma anyżowy posmak, a podawana jest tu z dodatkiem zmrożonej wody, pod wpływem której zmienia kolor z przezroczystego na mlecznobiały. Późno w nocy, gdy większość biesiadników rozchodzi się spać, Ihsan otwiera się i opowiada o swoim życiu. Już wcześniej dziwiliśmy się, że wysokiej klasy kucharz, który gotował w Istambule dla François Mitterrand i mówiący płynnie po angielsku, mieszka na jakimś wygwizdowie w Kapadocji w rozpadającej się ruderze oprowadzając po podziemnym mieście nielicznych turystów, którzy są w stanie tu trafić. Ihsan ma 42 lata, niejeden raz miał w życiu pieniądze, jednak to go nie kręci, woli wieść „gypsy life”. Dlatego wrócił z wielkiego świata do rodzinnej wioski. Tu każdy ma go za dziwaka, ma na bakier z policją i lokalnymi władzami, co utrudnia mu rozkręcenie interesu. Obecnie zajmuje się renowacją okolic podziemnego miasta w Mazi m.in. przystosowanie jaskiń do nietypowych noclegów turystycznych. Jeszcze później w nocy rozmowy zeszły na tematy mistyczne. Trudno nam oddać teraz niezwykłą atmosferę tej rozmowy. Było miejsce, był czas który już więcej się nie powtórzy.
Rano wpadamy jeszcze na plac budowy, gdzie Ihsan częstuje nas mocnym czajem zaparzanym w tradycyjny turecki sposób - w dwóch imbrykach stawianych jeden na drugim, i podawany z kostkami cukru. Niestety dokładnej receptury nie udaje nam się poznać, gdyż Ihsan twierdzi, że nie umie parzyć czaju i rzeczywiście przelewa wodę z jednego do drugiego imbryka rozlewając przy tym sporo i w ogóle robiąc mnóstwo bałaganu.
Powtarza też wciąż, że Gaćka zostanie tutaj. Żartuje, jednak w taki sposób, że żarty te po pewnym czasie przestają być dla nas zabawne. Żegnamy się i mimo licznych gróźb w naszym kierunku wyrywamy Gaćkę siłą z jego objęć. Odjeżdżamy. Reszta część dnia mija nam w trasie z krótką przerwą na kebab w mieście. Już po zmroku znajdujemy miejscówkę na nocleg nad największym słodkowodnym jeziorem w Turcji.
Dziś znów dzień w drodze. Pierwotna trasa przez Antalyę nad Morzem Śródziemnym została zmodyfikowana. Miejscowość bardzo piękna jednak podobno typowo turystyczna i w sezonie jest bardzo zatłoczona, dlatego postanawiamy nie nadrabiać wielu km i jechać prosto do Istambułu. Po drodze zaskakuje nas znaczna opłata za autostradę do „miasta dwóch kontynentów”. Zanim wjedziemy z powrotem do Europy przez most na cieśninie Bosfor stoimy długo w korku – w końcu były Konstantynopol to obecnie 12 milionowa metropolia. Tu ciekawostka z przewodnika – ok. 40% mieszkańców miasta zamieszkuje w Gecekondu co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „powstały w nocy”. Wynika to z istniejącego prawa, które mówi, że nie wolno zburzyć zadaszonego domu. Dlatego ściągający tu licznie osadnicy pod osłoną nocy stawiali bez pozwolenia władz prowizoryczne budowle sklecone z czegokolwiek, byle zdążyć z położeniem dachu przed świtem. Służby porządkowe patrolujące miasto z rana nie miały już prawa ich wysiedlić. Do centrum dojeżdżamy w godzinach szczytu, więc postanawiamy przeczekać w bocznej uliczce zanim poszukamy docelowego parkingu. Przez ten czas rozglądamy się za jakimiś budkami z miejscowymi przysmakami (jak chociażby Pide – turecka pizza), jakich mnóstwo było w innych tureckich miastach, niestety bez skutku. Są tu tylko wykwintne restauracje, wszędzie jest przerażająco drogo. Zadowalamy się kanapkami z konserwą, za to bierzemy prysznic, co jest cudownym pomysłem po tym upalnym dniu. Myjąc się w strojach kąpielowych pomiędzy busikami w bocznej uliczce Istambułu po zmroku nie jesteśmy bardzo widoczni, mimo to słyszymy okrzyki pełne zdumienia nielicznych przechodniów. Na nocleg przenosimy się na parking koło parku miejskiego. Niedaleko nas meczet, niestety nie słynny Błękitny Meczet, który jest jedną z największych budowli wzniesionych przez człowieka. Gdybyśmy chcieli zobaczyć tu wszystko, co jest warte zwiedzenia musielibyśmy spędzić tu mnóstwo czasu. Tymczasem jutro wyjeżdżamy, więc wybieramy jeden cel.
Plan na dziś – Wielki Bazar w Istambule. Jak już wspominaliśmy w tym ogromnym i bogatym w historię mieście jest ogrom rzeczy do zobaczenia, jednak zwiedzenie choćby najbardziej znanych zabytków zajęło by zbyt dużo czasu. Coś trzeba wybrać, a że wypada z tak długiej wyprawy przywieść jakieś pamiątki – udajemy się na słynny targ.
W przewodniku turystycznym czytamy, że koniecznie trzeba się targować – jest to wręcz tradycja. Podobno ceny zależą też od wyglądu klienta, także stosujemy różne sztuczki by nie dać się wykiwać sprzedawcom jak przeciętni turyści z zachodniej Europy – w końcu bycie Polakiem do czegoś zobowiązuje. Targ zajmuje kilka hektarów. Wyobrażaliśmy go sobie trochę inaczej – jako kłębowisko ludzi i straganów pełnych miejscowego towaru, pachnących świeżymi owocami i przyprawami, hałaśliwych sprzedawców nawołujących we wszystkich językach świata, jednym słowem pełen folklor. Tymczasem targ powstał przez stopniowe zadaszanie uliczek handlowych i obecnie tworzy labirynt upakowany ciasno sklepikami, w większości wystawiającymi chińską tandetę, choć także unikatowy towar. Obkupieni w szisze i smakowy tytoń do nich, garnuszki do parzenia tureckiej kawy czy imbryki do zaparzania prawdziwego czaju itd. wracamy do busów. Targowanie się zajęło sporo czasu także wyjeżdżamy z miasta dość późno a przed nami jeszcze sporo drogi. Wieczorem przekraczamy granicę z Grecją. Turecki celnik zaskakuje kierowców – żegnając ich na wyjeździe z kraju zwraca się po imieniu, choć nawet nie wziął do ręki dokumentów – widać wystarczyły tablice rejestracyjne a resztę podpowiedziała baza danych w komputerze. Jak do tej pory jest to najsprawniej przekroczona granica na Eurotripie. W strefie międzypaństwowej nadrabiamy zaległości – smakujemy kupionej w sklepie bezcłowym baklawy – tradycyjnego tureckiego ciastka bardzo słodkiego i równie tłustego, o którym zapomnieliśmy wcześniej. Do tego bierzemy najbardziej luksusowy prysznic na całym wyjeździe, bez dotychczasowego ograniczenia wody w prysznicu turystycznym (pół baniaka, czyli 5l na osobę). O darmowym natrysku na granicy informuje nas strażnik. Czyżby widać było po nas jak bardzo tego potrzebujemy? Dziś jeszcze zamierzamy dotrzeć do Saloników, sporo km przed nami, noc zapada, a paliwo w baku się kończy. Zazwyczaj tankowanie w nocy to żaden problem, okazuje się, że nie w Grecji. Mamy wrażenie, że w tym kraju panuje permanentna sjesta. Koło godz. 22 mijamy kilka zamkniętych stacji benzynowych. Przy którejś z kolei dopytujemy się biesiadujących w knajpkach naprzeciw Greków, którzy wskazują drogę do stacji samoobsługowej. Z takim podejściem nic dziwnego, że ten kraj boryka się z kryzysem. Gdy docieramy do Saloników jest 3 w nocy – miasto jeszcze tętni życiem, choć powoli pustoszeje. Zatrzymujemy się w pobliżu centrum. Kto ma jeszcze siłę, bo wyspał się w drodze spaceruje po bulwarze. Budynki wokół są monumentalne, choć nowoczesne, z motywami typowo greckimi. Ludzie też charakterystyczni - rysy twarzy i budowa ciała coś nam przypominają… czyżby naprawdę antyczne pomniki mitycznych herosów?
Z samego rana wyjazd. Według pierwotnego planu podróży mieliśmy więcej czasu spędzić w Grecji i krajach Półwyspu Bałkańskiego, jednak czas się nam powoli kończy, każdego z nas cisną jakieś terminy. Dziś pędzimy bałkańskim ekspresem – przekraczamy dwie granice.
Z Grecji do Macedonii, a potem do Serbii. W Sławobusie sprzęgło działa coraz gorzej – ślizga się. Tarcza sprzęgła nie jest w najlepszym stanie. Właściwie wymagała wymiany już wcześniej. Teraz doszedł kolejny problem – przetarł się uszczelniacz skrzyni biegów, przez co olej zalewa tarczę, co powoduje, że ślizga się tak, że Sławobus jedzie ledwo 50 km/h. Potrzebne są części. Jedziemy do najbliższego miasta – Nis. W drugim co do wielkości mieście w Serbii znajdujemy ulicę całą zapełnioną częściami samochodowymi. Dostajemy tarczę, ale dopiero następnego dnia będzie dostępny uszczelniacz. Znajdujemy parking nad rzeką jadąc za wskazówkami jakiejś pani. Wytłumaczyła nam drogę po serbsku, ale zrozumieliśmy bez problemu. Popołudnie dla części z nas pracowite – nie łatwo ściągnąć skrzynię biegów leżąc na asfalcie pod busem i nie mając do dyspozycji podnośnika. Jeszcze ciężej będzie jutro włożyć ją z powrotem. Tymczasem jednak robi się ciemno, nie zważając na licznych przechodniów rozpalamy grilla na chodniku. Nocą miasto tętni życiem – mnóstwo młodzieży wylega na bulwar po drugiej stronie rzeki. Imprezowa muzyka rozbrzmiewa też w obrębie murów starej twierdzy, tuż obok busów, a na deptaku knajpki zapełnione są po brzegi pomimo środka tygodnia. Miasto Nis emanuje pozytywną energią. Jak się domyślacie dopóki skrzynia biegów nie powędruje naprawiona i działająca na swoje miejsce nie ruszymy się z miejsca. Łatwo nie jest, ale do wieczora prawie wszystko jest gotowe. Reszta ekipy przez ten czas wtapia się w atmosferę miasta.
Rano jeszcze zostają pociągnięte dodatkowe kable do rozrusznika w Sławobusie, co umożliwia w końcu odpalanie za pomocą kluczyka. Chyba nie wspominaliśmy, że przez kilka ostatnich dni Sławobus był odpalany „na pych”. Teraz jeszcze akcja pt. „zamelduj się w Serbii”.
Jesteśmy w tym kraju już trzeci dzień, a bez meldunku można tu przebywać tylko dobę. Kiedy czytamy w przewodniku, że z tego powodu na granicy możemy mieć kłopoty w postaci pieniężnej kary decydujemy się odnaleźć komisariat policyjny. Docieramy do najbliższego i sporo czasu czekamy, po czym dowiadujemy się, że nie jest to właściwa jednostka. Po kilkunastu minutach krążenia po mieście znajdujemy posterunek z działem meldunkowym. O dziwo nikt tam nie mówi ani po angielsku ani po rosyjsku, choć chyba z założenia mają mieć do czynienia z turystami. W każdym razie rozumiemy po serbsku, że pan pyta nas o adres do zameldowania. My skonsternowani mówimy, że mieszkamy w busach. Dziwne spojrzenie. „Chcecie się meldować w samochodach kempingowych?”. Okazuje się, że nie ma takiego obowiązku. Ok. Jedziemy w takim razie w kierunku stolicy. Przejeżdżamy przez Nowy Sad i po południu jesteśmy już w Belgradzie. Na zwiedzanie Białogrodu poświęcamy kilka godzin. Jest bulwar, twierdza, z której rozciąga się przestronny widok na rzekę i miasto i w której obrębie znajduje się muzeum militarne. Oglądamy jedynie wystawione na zewnątrz eksponaty czołgów. Nie zwiedzamy muzeum, za to spotykamy Polaka, który przyjechał do Belgradu wyłącznie ze względu na to muzeum. Pochodzi z Opola i wybrał się na samotną wyprawę po Bałkanach i nie tylko w celu zwiedzenia wszelkich obiektów związanych z historią wojskowości. Co więcej najprawdopodobniej zna Polaków, również z Opola, których spotkaliśmy kilkakrotnie w Gruzji. Tymczasem my udajemy się już w stronę Węgier. Docieramy do granicy dość późno, a tam czeka nas niemiła niespodzianka. Kolejka do bramki ciągnie się na długim odcinku – głównie Niemcy wracający z wakacji w Turcji. Gdy docieramy na parking na stacji benzynowej jest już bardzo późna noc.
Kolejnego dnia jedyną atrakcja podczas drogi jest market węgierski, a w nim dobre miejscowe wino o przystępnych cenach i naprawdę ostre przyprawy. Poza tym przekraczamy granicę tylko teoretyczną, bo w obrębie Unii Europejskiej i docieramy do naszego celu – aquaparku Tatralandii. Trzeba dodać, że po drodze zakładamy na siebie kilka warstw ciuchów. Temperatura w Liptowskim Mikulaszu wynosiła dziś 7 stopni Celsjusza.
Ten dzień ogłaszamy końcem Eurotripa. Przed nami pełny wrażeń dzień w Tatralandii – odmoczyć się po wyprawie w warunkach busowych będzie nie tylko miło, ale i praktycznie. Poza tym przed nami już tylko przecięcie Polski z południa na północ. Zimno, zwyczajnie. Wracamy do rzeczywistości. Tak, to naprawdę koniec Eurotripa, choć trudno w to uwierzyć. Jednak miejmy nadzieję, że jeszcze długo żywe pozostaną w nas wspomnienia tej niezwykłej wyprawy.

KLIKNIJ ABY PRZEJŚĆ DO GALERII



VW T3 86' 1.9TDI 1Z + ABB 0,78

Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
wezuwiusz3
Generał
Generał
Posty: 1774
Rejestracja: 28 wrz 2010, 17:08
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Gemini

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: wezuwiusz3 » 09 paź 2012, 18:43

Bardzo ładnie i obszernie opisana relacja.MOżna niemal poczuć ten klimat i atmosferę.
Chyba wam troszeczkę zazdroszczę.



Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
magnum
Generał
Generał
Posty: 1069
Rejestracja: 29 mar 2010, 6:38
Gender: Male - Male
Zodiac: Taurus

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: magnum » 09 paź 2012, 21:15

Gratulacje,super wyprawa i opis :clap: generalnie nielubie za długich tekstów ,ale ten przeczytałem jednym duszkiem :good:


ZNOWU DZIAŁA !!! :) http://www.vwbusptm.com.pl/index.html 501 dziewięćset pięćdziesiąt pięć czterysta dwa

Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
Snellius
Kapitan
Kapitan
Posty: 161
Rejestracja: 29 mar 2010, 10:08
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Cancer

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: Snellius » 09 paź 2012, 22:42

dzieki :biggrin:


VW T3 86' 1.9TDI 1Z + ABB 0,78

Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
siatkon
Pułkownik
Pułkownik
Posty: 617
Rejestracja: 31 mar 2010, 18:51
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Aries

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: siatkon » 10 paź 2012, 20:58

:hi:
Kłaniam się prawdziwym obieżyświatom.!!
I o busach też pewnie coś wiecie. :hi: Pewnie da się spać w czwórkę.
show nie chcecie robić typu pocztówka za wsparcie?? Pewnie nie, to nie w waszym stylu.
Dziękuję za relację.



Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
dreg35
Administrator
Administrator
Posty: 2348
Rejestracja: 26 mar 2010, 19:34
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Aquarius

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: dreg35 » 11 paź 2012, 5:34

rewelka... nigdy nie starczyło mi odwagi żeby się wybrać dalej... bez konkretnego celu... zawsze jeżdżę tylko z punktu A do B...


dreg35@forum.busomania.pl ale lepiej pisać na dreg35@wp.pl częściej zaglądam... lub dar.dreg35@gmail.com

Obrazek

Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
multimati
Kapitan
Kapitan
Posty: 192
Rejestracja: 27 mar 2010, 22:26
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Pisces

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: multimati » 11 paź 2012, 6:33

Ech a ja syncro budowałem ,modernizowałem ,ulepszałem żeby się gdzieś w świat wybrać i jak na razie się nie udało...
Gratuluje tras które przejechaliście i szerokości na następnych :good:


SYNCRO 1,9TDI+0.216+IC 2 BLOKADY+DEC AAN + 0,78 TYCHY GG 1386866 TEL 889 072 706

http://picasaweb.google.com/multimati/

https://picasaweb.google.com/105661992922078764420

Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
Snellius
Kapitan
Kapitan
Posty: 161
Rejestracja: 29 mar 2010, 10:08
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Cancer

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: Snellius » 11 paź 2012, 8:30

busy sa naprawde pancerne nawet te 2wd, niema sie co bac, ludzie sa naprawde bardzo przyjaznie nastawieni i pomocni w razie potrzeby. a ich miny kiedy dowiaduja sie ze przejechalismy nimi tyle km - bezcenne:D

btw. ta trasa nakrecila nam 13500km na licznikach :)


VW T3 86' 1.9TDI 1Z + ABB 0,78

Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
mikesz
Pułkownik
Pułkownik
Posty: 548
Rejestracja: 30 mar 2010, 8:00
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Scorpio

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: mikesz » 11 paź 2012, 12:42

Rewelka to co napisałeś,ja też czytałem na wydechu,jakieś fotki,pllliiisss


Przyjaciele moich przyjaciół (t3 ) są moimi przyjaciółmi:).Ale zdarzają się wyjątki.602 404 615

Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
Snellius
Kapitan
Kapitan
Posty: 161
Rejestracja: 29 mar 2010, 10:08
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Cancer

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: Snellius » 11 paź 2012, 14:02



VW T3 86' 1.9TDI 1Z + ABB 0,78

Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
siatkon
Pułkownik
Pułkownik
Posty: 617
Rejestracja: 31 mar 2010, 18:51
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Aries

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: siatkon » 12 paź 2012, 20:50

To gór się naoglądałeś, teraz nasze Tatry to dla Ciebie zmarszczki..
Jakbyś jeszcze opisał trochę zdjęcia to łatwiej by sie to kojarzyło z opisem.
Pucowaliście busy przed wyjazdem?
Droga taka wycieczka?



Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
t90
Administrator
Administrator
Posty: 1512
Rejestracja: 22 mar 2010, 2:36
Gender: Male - Male
Zodiac: Leo

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: t90 » 12 paź 2012, 20:59

Poprawiłem ten slajd-szoł z picasy. Dziabnąłeś się w ID albumu




T3 '86 1.6D (CS) -> 1.7D (KY) -> 1.9TD (AAZ + BOOSTPIN 1,6TD) + 3H -> AAP (agonia, kto go przytuli?)
T3 '90 2.1 (SS) na podtlenku LPG w sekwencji + ASL

Trzeba myśleć praktycznie, dopóki nie przyjdzie czas, że można już zacząć myśleć niepraktycznie.

Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
Snellius
Kapitan
Kapitan
Posty: 161
Rejestracja: 29 mar 2010, 10:08
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Cancer

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: Snellius » 13 paź 2012, 11:06

kaukaz piekny, najwyzsze szczyty ponad 5000m, busami wjezdzalismy na ponad 2500m, wiec juz wiecej niz rysy maja :) jak bede mial chwile to porobie podpisy pod fotami. busy byly przygotowywane, wymiana elementow zawieszenia, przeniesienia napedu, hamulce, plyny ustrojowe, dodatkowe wyposazenie campingowo przetrwalnicze czyli dodatkowo + 120l wody na pokladzie, przetwornice z 12V na 230V, w obydwoch jezdza 1Z-ty, w jednym 3H w drugim AAR.
koszt +/- 4500zl na osobe (uwzgledniajac paliwo, wizy, oplaty drogowe, wyzywienie, wstepy, suveniry itp.)

dzieki Marku za poprawienie, nie moglem tego ogarnac :P


VW T3 86' 1.9TDI 1Z + ABB 0,78

Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
robert2211
Chorąży
Chorąży
Posty: 37
Rejestracja: 15 kwie 2010, 21:20
Gender: None specified - None specified

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: robert2211 » 13 paź 2012, 13:51

Fajna sprawa super gratulacje



Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
TrolowózMarki
Major
Major
Posty: 297
Rejestracja: 09 lis 2010, 20:07
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Aquarius

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: TrolowózMarki » 13 paź 2012, 20:12

Rewelacja i pełen szacun dla waszej ekipy przepiekne krajobrazy to co zwiedziliście nikt wam tego nie zabierze.Podziwjam was za odwage tyle km do pokonanja :clap: :clapping: :drinks:



Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
dawidt3
Kapral
Kapral
Posty: 7
Rejestracja: 07 wrz 2012, 10:53
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Scorpio

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: dawidt3 » 14 paź 2012, 19:57

No no gratulacje zdjęcia z wyprawy rewelacja ,z tego co widzę to jesteście z trójmiasta może będzie kiedyś możliwość ustawić się na opowieści po wyprawowe ;)

Pozdrawiam :)



Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
Snellius
Kapitan
Kapitan
Posty: 161
Rejestracja: 29 mar 2010, 10:08
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Cancer

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: Snellius » 14 paź 2012, 21:30

dzieki :) o ile mnie pamiec nie myli 28 pazdziernika w gdansku w restauracji 4 strony swiata bedziemy mieli pokaz zdjec i relacje z wyprawy, a szybciej ale kawalek dalej to w ten weekend w sobote na festiwalu jaszczur w lisewie tez sie pojawiamy i cos tam pokazemy :) ja niestety smigam na wyspy w ten weekend na dluzej, wiec ze spotkaniem slabo :(


VW T3 86' 1.9TDI 1Z + ABB 0,78

Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
49_kazik
Pułkownik
Pułkownik
Posty: 518
Rejestracja: 30 mar 2010, 11:24
Gender: None specified - None specified

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: 49_kazik » 15 paź 2012, 5:52

Wyrazy podziwu i uznania, za odwagę i wspaniałą wyprawę, tylko pozazdrość przeżytych pięknych widoków i wrażeń, bravo !


1,9 td, niebieski 1,7d czerwony

Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
dawidt3
Kapral
Kapral
Posty: 7
Rejestracja: 07 wrz 2012, 10:53
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Scorpio

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: dawidt3 » 19 paź 2012, 12:45

A o ,której tego 28 października ?



Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links

Awatar użytkownika
Snellius
Kapitan
Kapitan
Posty: 161
Rejestracja: 29 mar 2010, 10:08
Gender: None specified - None specified
Zodiac: Cancer

Re: Relacja z tegorocznej wyprawy Eurotrip 2012 - Azja

Postautor: Snellius » 19 paź 2012, 13:13

zaproszenie wstep oczywiscie bezplatny :)
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.


VW T3 86' 1.9TDI 1Z + ABB 0,78

Link:
BBcode:
HTML:
Hide post links
Show post links


  • Podobne tematy
    Odpowiedzi
    Odsłony
    Ostatni post
  • Jak przygotować się do wyprawy?
    autor: Elias » 06 mar 2018, 8:41 » w Wyprawy
    33
    1668
    autor: Elias Wyświetl najnowszy post
    24 maja 2018, 6:42

Wróć do „Wyprawy”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość